źródło: Michael Pettigrew - Fotolia.com

Na świąteczne smaki i zapachy czekają nie tylko ludzie, ale także psy i koty. Dlaczego nie wolno karmić ich tym, co jedzą ludzie szczególnie w święta?

Moje uwielbiają sernik. Gorzej z tymi, które uwiązane na łańcuchach, zamknięte w boksach nie mogą liczyć na ciepło i domowe zapachy. Nie wiem, jak ludzie mogą spokojnie siadać do suto zastawionego stołu, gdy za oknem siedzi głodny skazaniec za niewinność, ale mogą. Na nic im informacja, że Pan Jezus urodził się w stajence i to zwierzęta ogrzewały Go swoim oddechem.

Zagrożenia na półmiskach

Marzą mi się takie święta, gdy wszyscy bezduszni nagle odzyskają duszę. Uwolnią swoje psy z łańcuchów. Przyjmą pod ciepły dach i podzielą się posiłkiem. To ostatnie nie w dosłownym znaczeniu. Najwięcej świątecznych zagrożeń spoczywa na półmiskach. Szczególnie na wsi utarło się, że pies zje wszystkie resztki. Z głodu zje, ale może to przypłacić życiem.

Pies, który na co dzień nie jada kości, może umrzeć po skonsumowaniu tego, co zostało po przygotowaniu galarety z wieprzowych nóżek czy golonki. To samo dotyczy resztek po rybie i to nie tylko względem ości. Te z pewnością nie są daniem dla psa. Podawanie pozostałości solonych ryb i innych bardzo słonych i pikantnych potraw też może być zabójcze.

Pies to nie worek na śmiecie. Nawet jeśli „śmiecie” są z pańskiego stołu. Na szczęście nie wszystkie polskie psy są skazane na główki od śledzia. W naszych domach jest wielu pełnoprawnych członków rodziny na czterech łapach. Wiele razy pisałam już to, co każdy powinien zapamiętać: pies jest na emocjonalnym poziomie dwu-, trzyletniego dziecka. Nie wolno wymagać od niego więcej niż od dwu-, trzyletniego człowieka.

 

Koty dystyngowane

Tak samo jak dziecku trudno mu zapanować nad pewnymi pokusami. To od nas zależy, czy ukradnie makowiec i zachoruje po jego skonsumowaniu. Święta szczególnie obfitują w pokusy. Zarówno dla dzieci, jak i dla psów czy kotów.

Było to wiele lat temu. Mieszkałam wtedy w Warszawie, na parterze dużego bloku. Niestety mieszkanie nie było duże. W przeddzień Wigilii szykowałam karpia w galarecie. Nie miałam spiżarni, w lodówce naćkane, że igły nie wciśniesz, więc wystawiłam półmiski na balkon. Galareta zaczęła tężeć, ale postanowiłam przetrzymać je tam jeszcze z godzinę. Postały trochę dłużej, bo prace domowe pochłonęły mnie bez reszty. Gdy w końcu otworzyłam balkonowe drzwi, moim oczom ukazały się ości w galarecie.