Najpopularniejsze piosenki okupują listy przebojów tygodniami. Skąd wzięły się te znane wszystkim rankingi utworów muzycznych?
„Lista przebojów jest stara jak muzyka, a więc stara jak świat” – twierdzi Marek Niedźwiecki. Młodzi słuchacze mogą tak uważać, bo prowadzi listę przebojów radiowej Trójki od ponad trzydziestu lat. Tysiące fanów od pierwszego notowania na pewno mu wybaczą i jak zwykle włączą radio w piątek o godz. 19.
Pomysł list przebojów narodził się około 80 lat temu. Po tej i tamtej stronie Atlantyku pierwsze próby podejmowano od 1936 roku. Jednak wszystko na poważnie zaczęło się 14 listopada 1952 roku, kiedy „New Musical Express” opublikował pierwszą regularną brytyjską listę przebojów. Na pierwszym miejscu Al Martino (czy ktoś go pamięta?!) – przez dziewięć tygodni niezdetronizowany. Bing Crosby umieścił jednocześnie aż trzy piosenki w top ten (pierwszej dziesiątce).
By wszystko było jasne: na tę listę nikt nie głosował, wysyłając do redakcji kartki pocztowe z typami, „co mi się podoba, a co nie”. Od lat 60. robili tak radiosłuchacze z krajów bloku sowieckiego, gdzie nie powstał rynek muzyczny, a płyty wydawano według partyjnego rozdzielnika. Na Zachodzie było zupełnie inaczej.
Zaczęło się od szaf grających. Młodszym czytelnikom wyjaśnię: w każdym szanującym się lokalu na Zachodzie stało takie urządzenie. Było w nim kilkadziesiąt winylowych singli, dużo przycisków, za pomocą których można było wybrać pożądany utwór, oraz dziura na monety, którymi płaciło się za odtwarzanie piosenek. Te prekursorskie listy przebojów opierały się na zbieranych wynikach z knajp – ile zapłacono za daną piosenkę, by jej posłuchać.

Na Zachodzie wraz z pierwszymi nieśmiałymi jeszcze młodzieżowymi głosami protestu przeciw porządkowi ustalonemu przez rodziców, wśród coraz bardziej ekstrawaganckich fryzur, niczym balon rósł w siłę show-biznes fonograficzny. Oczywiście, także zgredy słuchały muzyki i kupowały płyty, ale to młodzi mieli się buntować przeciw zastanej rzeczywistości, tradycji, nudzie i skostniałym rodzicom. Wyrazem ich buntu były nie tylko stroje, ale przede wszystkim muzyka: rebeliancki jazz, blues, a potem rock’n’roll. Słuchali płyt i je kupowali. Dużo kupowali.
„Jak może mi się podobać piosenka, którą pierwszy raz słyszę”, mówił inżynier Mamoń w kultowym „Rejsie”. Aby ktoś chciał kupić płytę, musiał polubić piosenkę. Szafy grające poddały pomysł rozkwitającym wówczas rozgłośniom radiowym, które zrozumiały, że im częściej grać będą piosenki, które podobają się słuchaczom, tym szybciej ci pójdą do sklepu po płytę. Listy przebojów podliczające co tydzień wyniki sprzedaży singli podgrzewały atmosferę. Machina show-biznesu rozkręcała się coraz bardziej.
Amerykański rynek trzy lata po brytyjskim otrzymał najważniejszą listę przebojów świata – listę „Billboardu”. Cały świat uważnie studiuje jej kolejne notowania nie tylko dlatego, że USA to największy płytowy rynek, ale także wzór dla innych. To, co staje się hitem za oceanem, cieszy się pewną popularnością również w Europie (choć zdarzają się wyjątki, bo hip-hop czy r’n’b trafiły do serc mieszkańców naszego kontynentu z wieloletnim opóźnieniem). A propos hip-hopu. Dziś wierzyć się nie chce, ale pierwszy rapowy numer jeden zaistniał na szczycie tygodniowego zestawienia „Billboardu” dopiero 3 listopada 1990 roku. Była to piosenka „Ice Ice Baby”. Swój sukces powtórzyła również na Wyspach Brytyjskich. Dziś hip-hop dominuje na wszelkich listach.
Tygodniowe listy to jedno, a rankingi wszech czasów, podsumowujące rekordy i statystyki, to drugie. Fani muzyki ekscytują się, który zespół zdetronizował starsze gwiazdy i w jakiej dyscyplinie to się zdarzyło. Na przykład w czerwcu 2005 r. triumfalnie ogłoszono, że grupa Queen wyprzedziła samych The Beatles. Chodziło o sumę wszystkich albumów, które odniosły największe sukcesy w Wielkiej Brytanii. Otóż płyty Queen spędziły w sumie 1322 tygodnie na listach, The Beatles 1293 tygodnie. Elvis Presley – 1280, a U2 raptem 1150 tygodni. Przeliczając to, 1322 tygodnie rekordu Queen dają wynik odpowiadający sytuacji, gdyby jedna płyta znajdowała się na liście non stop przez 25 lat i 22 tygodni. Jest wynik?
Jedna z piosenek regularnie w grudniu każdego roku trafiała na listę „Billboardu” – mowa o „White Christmas” Binga Crosby’ego. Pobiła przy okazji wszelkie rekordy, sprzedając się w nakładzie 30 mln egzemplarzy. Ale i ten rekord w końcu został pokonany. Elton John nagrał nową wersję „Candle in The Wind” dla księżnej Diany, którą kupiło o 2 mln ludzi więcej niż świąteczny hit Crosby’ego (i to nie w 60 lat!).

Wszystko było proste do czasu, gdy wydawano głównie single – płyty zawierające po jednej piosence na stronie. Na tej pierwszej przebój, na stronie B – mniej ważny dodatek. Jednak ktoś wpadł na pomysł, by tłoczyć albumy (po 5-6 piosenek na stronie), bo więcej muzyki to wyższa cena, a to oznacza większe zyski. Jednak nadal single promowały albumy, do list przebojów (singli) dołączono listy sprzedaży albumów i wszystko znów się zgadzało. Kompakty zamiast winyli niczego tu nie zmieniły. Dopiero internet niechcący przywrócił stan z czasów pionierskich.
Ludzie chcą hitów – nie albumów, ale pojedynczych piosenek, które teraz kupują/ściągają w formacie elektronicznym na iPody czy komórki. I tak teraz powstają znów listy przebojów najchętniej kupowanych mp3. Także w Polsce.
Jednak lista Marka Niedźwieckiego, a także listy w niemal każdej innej rozgłośni radiowej w Polsce nadal opierają się na głosach słuchaczy. Przyzwyczajenie? Fenomen? Tradycja? Kolejna wyjątkowa cecha na naszej narodowej liście przebojów? Może po prostu tak kochamy muzykę?