Współczuję każdemu, kto rozważa zakup nowego auta. Te niepokojące myśli, to kalkulowanie co się bardziej opłaca i na co powinienem wydać swoje pieniądze.

 Współczuję każdemu, kto rozważa zakup nowego auta. Te niepokojące myśli, to kalkulowanie co się bardziej opłaca i na co powinienem wydać swoje pieniądze. Czy lepszy jest bogato wyposażony kompakt czy może golas o klasę wyższy? A może zamiast tego zdecydować się na szalonego hot-hatch’a? W końcu każdy ślini się na samą myśl posiadania 200 koni pod maską miejskiego maleństwa.

Niestety, gdy oczami wyobraźni widzisz już swój szeroki uśmiech odbijający się w lusterku wstecznym, gdy prędkościomierz przekracza 100km/h w czasie około 8 sekund, w głowie zaczyna chrząkać zdrowy rozsądek przez który dopadają cię najróżniejsze wątpliwości: czy w bagażniku zmieszczą się torby na dwutygodniowy wyjazd w 4 osoby? Czy teściowa wgramoli się na tylną kanapę przez jedną parę drzwi? Czy przetransportuję telewizor, kosiarkę lub narty? A co jeśli pojawi się dziecko?

W końcu, gdy zdecydujesz się nie kupować samochodu z autohausu tylko niczym Herr Schmidt wydać swoje pieniądze u dealera, wchłaniając przy tym nozdrzami tę niesamowitą mieszankę zapachów gumy, plastiku, tapicerki oraz przepoconych garniturów sprzedawców, znów pojawiają się rozterki. Czy za kilka lat ten kolor wciąż będzie popularny? Benzyna czy diesel? Koreańczyk? Japończyk? Naprawdę to musi być Skoda?

Co z tego, że przejeżdżasz 12 tysięcy kilometrów w ciągu roku; wypełniając ankietę, kiedy zamierzasz kupić nowe auto zawsze zaznaczasz opcję „nie wiem”; a siebie jako rodzica widzisz wyłącznie w najczarniejszych snach. I tak nigdy nie zdecydujesz się na czerwoną Alfę, jedyny silnik turbo, jaki przychodzi ci do głowy, to turbodiesel, a rodzaj nadwozia kombi. I wszystko to tak na wszelki wypadek.