Coma, "Czerwony album", Mystic, 2011 rrrrrrrock!

Recenzję tej płyty piszę po raz trzeci. Za pierwszym razem skasowałem celowo, uznając ją za zbyt lukrowaną.

Druga wyszła mi taka sama jak pierwsza, stwierdziłem, czemu nie, skoro to świetna płyta?

Na chwilę przed publikacją znów, tym razem całkiem niechcący, wyciąłem to co naskrobałem i zapisałem plik. Zrobiło się pusto. W notatniku i w sercu...

Nieco się wkurzyłem, dla odprężenia znów włączyłem muzykę z krążka. I znów. I jeszcze raz.

Odczekałem kilka dni i napisałem to, co właśnie czytasz. I, szczerze mówiąc, nie chce mi się już po raz kolejny zapisywać masy zdań zgrabnie wychwalających zalety tej płyty. Zrobię to krótko, zwięźle, po męsku i w punktach:

- świetna muzyka: rasowy rock, prosto, mocno i do przodu, z dużą ilością brudu, potu, mocy i krwi

- świetne brzmienie

- jak zawsze fajne teksty, choć nadal czasami Roguca nie rozumiem:) (szczególna piątka za "Deszczową piosenkę" i "Los cebula i krokodyle łzy"

- że fajnie wydana, fajna grafika,

- świetny klip

- że bez tytułu a i tak wszyscy mówią "czerwony album"

Panowie, szacun i oddanie. Jak zawsze zresztą.
 

 

Kategorie:



Działy: