źródło: Ljupco Smokovski - Fotolia.com

Bruderszaft, choć jest zwyczajem niemieckim, przyjął się w niektórych polskich kręgach. Nie będziemy zgłębiać przyczyn powszechności zjawiska przejścia na ty, połączonej z rytualnym zaplatania rąk w węzeł gordyjski. Nie będziemy analizować, czy do pełna, czy do dna ani czy dwa razy, czy też nieparzyście należy się obcałowywać.

Nie będę o tym pisać, bo to zjawisko paskudne jest i wstrętne. Z kobiecego punktu widzenia wstrętne podwójnie. Pamiętajcie panowie, gdy przyjdzie wam ochota skraść całusa nieznajomej, lepiej to uczynić bez zgody, narażając się na oburzenie, niż zaprzyjaźniać się na siłę pod płaszczykiem pseudotradycji, w dodatku cudzej.


By zaproponować przejście na ty, czyli znacznie mniej oficjalną i bezpośrednią formę kontaktów, całkowicie wystarczy słowna propozycja.


„Proponuję mówmy sobie po imieniu” – ot tyle. Nie trzeba się ściskać, trącać, czy cmokać.


Jeżeli propozycję tę czynimy przy alkoholu, a lepiej by ten nie dodawał nam odwagi, bo kiedyś i tak przyjdzie nam wytrzeźwieć, wystarczy jak potwierdzimy ją tyknięciem się kieliszkami. Bruderszaft zalicza się do obyczajów pijackich i daleko mu do elegancji.


Najbardziej elegancko zachowujemy się wtedy, gdy czyniona przez nas propozycja jest pytaniem – „może mówmy sobie po imieniu?”.


W twierdzeniach nie ma oczywiście nic złego, warto natomiast dodać kilka słów wyjaśniających podjęcie inicjatywy, skąd ten pomysł, dlaczego akurat teraz się zrodził, a nie na przykład 10 lat temu.


„Proponuję przejdźmy na ty, znamy się już tyle czasu” – co wcale nie oznacza, że dużo czasu znać się wcześniej należy – albo „proponuję przejdźmy na ty, dzieli nas wprawdzie duża różnica wieku, ale ze względu na nasze dzieci łatwiej będzie się porozumiewać”.


Proponując zmianę formy kontaktów na bezpośrednią, możemy od razu ustalić sposób, w jaki chcielibyśmy, by się do nas zwracano. Są osoby, które posługują się drugim imieniem, albo nie lubią zdrabniania tego właściwego. Warto, by później uniknąć sytuacji niezręcznych, na początku określić reguły.


Czy na propozycję mówienia sobie na ty, możemy nie przystać? Odpowiedź brzmi – tak. Przejście na taką formę jest niczym innym, jak zmianą relacji pomiędzy osobami, swoistym probierzem wskazującym na zażyłość. Jeżeli takiej sobie nie życzymy, warto wtedy nie dopuszczać do sztucznego lub jednorazowego przejścia na formę bezpośrednią. Uwaga, uczynić to możemy tylko w sposób delikatny! Co wcale nie jest łatwe. „Będzie mi bardzo trudno po tylu latach zwracać się do pana prezesa po imieniu” lub „mogę spróbować, ale nie wiem, czy to mnie nie przerośnie”.
Czym innym niż nieprzystanie na propozycję jest odmowa. Nawet zdawałoby się grzeczne „może innym razem”, w tym przypadku jest niedopuszczalnym faux pas. Gdy usłyszymy z zaskoczenia: „mów mi Zdzichu”, nie odpowiadajmy „nie, dziękuję”.


Gdy dystans zmniejszony przez zaproponowanie przejścia na ty jest dla nas nie do zaakceptowania, zwracajmy się do prezesa za pomocą jego urzędowego tytułu, a na uwagę, która zapewne padnie: „przecież mieliśmy przestać sobie panować”, odwołajmy się do potęgi przyzwyczajeń, licząc na wyczucie i inteligencję naszego rozmówcy.


Kto, komu powinien proponować przejście na ty? Zasady mówią, że kobieta mężczyźnie, starszy młodszemu, przełożony podwładnemu. Jak zwykle zasady są oderwane od życia. Kto, komu winien zaproponować zmianę dystansu: 55-letni generał młodszej o 20 lat dyrektor biblioteki, z którą współpracuje czy odwrotnie?


Zasady nie ustalają precyzyjnie kto, w takim jak powyższy przypadku, winien pierwszy wystąpić z inicjatywą. Biorąc pod uwagę, że w naszym kraju propozycja przejścia na ty jest tożsama z nową fazą znajomości, z kontaktem bardziej bezpośrednim, znacznie mniejszym dystansem, kobietom zaleca się ostrożność w podejmowaniu takich inicjatyw.


Zwracanie się po imieniu często jest efektem wcześniejszych kontaktów, jakie osoby z sobą utrzymywały. Przejście nagle, na przykład z powodów zawodowych, na formę oficjalną pan jest absolutnie niedopuszczalne, i odczytywane jako wyraz braku chęci kontaktu.


Osoby, które znały się wcześniej prywatnie, a znalazły się w sytuacji zawodowej, powinny zwracać się do siebie (przy okazji ważnych narad czy w innych oficjalnych sytuacjach) za pomocą sformułowań określających zajmowane stanowisko np. „panie dyrektorze”. Zasada ta działa w dwie strony, nawet jeżeli druga osoba nie jest dyrektorem, nie może być Frankiem. Naganne jest szczególnie w relacjach zawodowych zwracanie się do pracowników po imieniu, podczas gdy oni tytułują nas prezesem.


Od takich sytuacji oczywiście są wyjątki. Osoby piastujące wysokie stanowiska, posiadające tytuły urzędowe (minister, rektor, biskup, generał) mogą zwracać się do innych, zwłaszcza gdy dzieli je duża różnica wieku, nie używając grzecznościowej formy pan/pani, do czego upoważnia je piastowana funkcja, i nie jest to czytane jako brak manier.


Jeżeli ktoś zaczyna się do nas zwracać po imieniu bez wcześniejszego ustalenia, czyli bez naszej zgody, a my nie mamy ochoty na zmniejszenie dystansu, wolno nam ten dystans zachować.


Możemy, jeżeli wystarczy nam odwagi, zakomunikować: „znacznie bardziej komfortowo czułabym się, gdyby zwracał się pan do mnie pani Joanno”. Niestety najczęściej osoby, które pozwalają sobie na bezpardonowe zmniejszanie dystansu, nie czują delikatności aluzji. Zatem przyjdzie nam utrzymywać dystans jednostronnie.


Dochowajmy staranności i uważności w zwracaniu się do siebie wzajemnie. Świadczy to nie tylko o pojemności naszego umysłu, zdolności do zapamiętywania imion, ale przede wszystkim o łączących nas relacjach i wzajemnym poszanowaniu godności.


Kiedy już dobrowolnie zmniejszyliśmy dzielący nas dystans, pilnujmy, by pan Jan był Janem, niekoniecznie od razu Jaśkiem, i by był nim nie jak się przypomni, albo kiedy się nie zapomni, bo to dopiero wprowadza zamieszanie i niepotrzebne emocje.


Zatem, jeśli nie pamiętamy, jak do kogo winniśmy się zwracać, to już lepiej nic nie mówmy. 

Kategorie:



Działy: