źródło: zphoto - Fotolia.com
José Ortega y Gasset napisał, że zakochanie to "przejściowy imbecylizm i psychiczna angina”. Dlaczego zakochani tracimy głowę dla drugiej osoby? Wszystkiemu winna jest biochemia!
Gdyby nie ten zwyczaj przechowywania wszelkich pamiątek, listów, liścików, wierszyków i zdjęć, tobym nawet nie pamiętała tych wszystkich swoich śmiertelnych zakochań, tych westchnień, szaleństw i łez – mówi moja bardzo dojrzała znajoma. – Jak dobrze, że w moim wieku ma się to wszystko już za sobą! I jak dobrze, że nauka rozstawiła wszystko na swoje miejsca: miłość i fizjologię, hormony i serce.
– O, za tym aktorem – pokazuje fotografię poważnej twarzy w wieńcu czarnych loków i z pięknymi ciemnymi oczami za zasłoną okularów w kwadratowej oprawie – normalnie szalałam. Biegłam na każde wezwanie; szukałam miejsc, w których bywa; wystawałam pod oknami. On też szalał, tylko krócej. I dobrze, bo zrujnowałabym sobie życie, gdyby nie wyjechał z naszego miasta. A potem sama się dziwiłam, jak szybko to przeszło…
Chemia drżenia
Wtedy, na początku lat osiemdziesiątych, gdy moja znajoma biegała za pięknym brunetem, na drugim końcu świata, w Stanach Zjednoczonych, na Columbia University sympatyczny, lekko łysiejący przystojniak, doktor psychiatrii Michael Liebowitz udowodnił, że wielka, romantyczna miłość – świętość świętości, sens istnienia, królowa poezji – od początku do końca podporządkowana jest substancjom chemicznym produkowanym przez mózg i że nieco innym substancjom podporządkowani są panowie, innym – panie, a tylko niektóre są wspólne.

Czy w miłosnych uniesieniach pomoże nam, czy zaszkodzi świadomość, że oto właśnie podlegamy produktom układu limbicznego, który jest centrum rozdzielczym uczuć: od trwogi po rozkosz, i że wszystkie nasze emocje i nastroje temu centrum produkcji biochemicznej podlegają? I że drżymy na widok „tej” lub „tego”, bo wydziela nam się właśnie w mózgu fenyloetyloamina, czyli związek chemiczny kojarzony z zakochaniem, i że – być może – zakochaliśmy się właśnie, bo pan albo pani, którzy akurat znaleźli się obok, pachnieli tak, a nie inaczej? Istnieje bowiem bezpośrednie połączenie nerwowe między komórkami węchowymi, a obszarem odpowiedzialnym za pobudzenie seksualne.
Fenyloetyloamina należy do tej samej grupy amfetamin co narkotyki i wywołuje stany podobne: euforię, bezsenność, nieuzasadnioną radość, pewność siebie, brak apetytu, niemożność koncentracji.
Zakochani, myśląc, że oto los zesłał im najpiękniejszy dar – wielką miłość – są po prostu na ciągłym amfetaminowym rauszu, a podstawą ich oczarowania jest brak jakiejkolwiek możliwości krytycznego spojrzenia na obiekt westchnień.
Jak już się hormony rozszaleją, zaczynają „jazdę bez trzymanki”: fenyloetyloamina (w skrócie PEA) uruchamia „hormon miłości”: noradrenalinę, a ta z kolei dbającą o przyjemność „cząsteczkę szczęścia”: dopaminę. Więc on biegnie po kwiaty i czeka na nią na deszczu, ona – zapomniawszy parasola – biegnie przez ten deszcz do niego i długo, i na próżno można im tłumaczyć, że są tylko ofiarami tych wszystkich amin buszujących w ich organizmach. Czują się tak, jakby spadły na nich największe nagrody (działanie dopaminy), czerwienią się i dygocą na samą myśl o sobie nawzajem (noradrenalina), piszą wiersze i zarywają noce. „Nie mogę panu wytłumaczyć dokładnie tego stanu, jest to rodzaj febry podzwrotnikowej, szalona, gorączkowa, bezsilna nostalgia, która czasem porywa człowieka” – pisał bohater wiekopomnej noweli Stefana Zweiga „Amok, 24 godziny z życia kobiety”. A hiszpański filozof i pisarz José Ortega y Gasset w „Szkicach o miłości” zakochanie uważał – ni mniej, ni więcej – za „przejściowy imbecylizm i psychiczną anginę”.

Obsesje i depresje
Z punktu widzenia burzy i naporu fenyloetyloaminowo-dopaminowo-serotoninowego i całej biochemicznej reszty naszego mózgu, na trwały związek nie należy się w tym czasie decydować. Organizm nie głupiec, długo w najwyższym napięciu funkcjonować nie może, bo zginie, więc się na działanie tych wszystkich amin uodparnia. I fala zakochania opada. Kiedy to następuje? Różnie, najwcześniej po półtora roku, najpóźniej (jeśli przywiązanie było rzeczywiście silne) po czterech latach. Tyle – statystycznie – trwa ten etap wielkiej miłości. Istnieje przy tym jeszcze jeden, typowo męski szkopuł: mózg mężczyzny przed 25. rokiem życia nie jest jeszcze w pełni ukształtowany: wszystko ma on już zupełnie „dorosłe”, ale nie korę przedczołową odpowiedzialną za racjonalną ocenę sytuacji, impulsywność, planowanie, organizację, przewidywanie i wyciąganie wniosków. Istnieje też szkopuł dla obojga: uczucie miłości (wysoki stopień PEA) obniża poziom serotoniny, która odpowiada za nastrój i umiejętność przystosowania się do sytuacji. A gdy serotoniny brak, pojawiają się miłosne obsesje i depresje. Wtedy z miłości można się nawet zabić.
Czy to początkowe szaleństwo może się zamienić w dobre małżeństwo? Tak, jeśli poza „szaleństwem ciał” pojawiło się także „szaleństwo dusz”: wzajemny szacunek, wspólne zainteresowania, opiekuńczość, odpowiedzialność za siebie nawzajem i ta wspaniała atmosfera, która sprowadza się do paru słów: mogę na tobie polegać. Mózg z tą całą swoją chemią wcale jednak nie zasnął: na tym dalszym etapie obudziły się neuroprzekaźniki zwane endorfinami, dotychczas tłamszone przez szalejącą fenyloetyloaminę wraz z towarzystwem.
Endorfiny działają uspokajająco, dają spokój, przywiązanie, harmonię, przyjaźń, zadowolenie. Cudownie? Prawie, bo przynoszą też równocześnie nudę. I tu się włącza jeszcze jeden władający nami wysłannik mózgu: oksytocyna. Uchodzi za hormon kobiecy, pomaga przy porodach i karmieniu maleństwa, lecz nazywanie jej hormonem tylko kobiecym to uproszczenie. Dopieszczony mężczyzna, naładowany oksytocyną okazuje się i lepszym mężem, i ojcem, a usatysfakcjonowana zainteresowaniem męża kobieta, której mózg wytwarza wystarczająco dużo oksytocyny, to niemal gwarancja udanego związku. Ale na tym etapie przejściowym od burzy hormonów do domowego spokoju nie wolno popełnić – tak częstego niestety – błędu: zaniedbania się.

Trochę kultury
Mężczyźni nie znoszą wiecznych lokówek na głowie pani domu, byle jakiego szlafroka i tych wszystkich drobiazgów związanych z zaniedbaniem. Szybciej i łatwiej pogodzą się z bałaganem w mieszkaniu niż na głowie kobiety. A że o tym nie mówią? Mówienie to – jak wiadomo – nie ich specjalność. Panie z kolei nie cierpią wyciągniętych na kolanach spodni od domowego dresu i właściwej wielu panom, szczególnie wieczorem, niechęci do prysznica. Wzajemne przyzwyczajenie nie może bezkarnie zamienić się we wzajemne lekceważenie. Wszystkie te oksytocyny i serotoniny poniosą sromotną klęskę, jeśli naszą codziennością nie włada zwykła kultura. One mogą ją tylko wesprzeć na drodze ku szczęśliwie obchodzonym srebrnym, złotym i diamentowym godom. Kultura jest siostrą szacunku – przy nich niemożliwa jest scenka, której byłam świadkiem, gdy przebywająca w gościnie para obrzucała się oskarżeniami. Naukowcy pewnie uzasadniliby to nadmiarem lub niedoborem jakichś neuroprzekaźników, my jednak mamy do dyspozycji jeden wskaźnik: kulturę bycia.
Mister Liebowitz, który wdarł się w ludzki mózg i uzasadnił romantyzm biochemią, twierdząc m.in., że oksytocyna i serotonina to sojusznicy w walce o trwałą miłość, podkreśla, iż taką miłość można utrzymać, jeśli się zwyczajnie postaramy.
Wybierzemy się razem w podróż, kobiecie niespodziewanie przyniesiemy bukiet, a dla mężczyzny ubierzemy się w seksowny strój na przywitanie (tak, tak, nawet – a może szczególnie wtedy – gdy mamy za sobą wiele małżeńskich lat), by przypomnieć sobie emocje z pierwszego okresu zakochania. Zakochanie nie wymaga poświęceń, jest wysoką, w tym samym kierunku płynącą falą wspólnych szalonych doznań. Ale miłość, ta prawdziwa, wieloletnia, dająca radość po koniec wspólnych dni, to nie tyle droga w jednym kierunku, ile codzienne wychodzenie sobie naprzeciw. A potem może być na przykład tak jak w przepięknej książce Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego „Straszne dni”: „Więc kiedy Dzidka wróci, zjemy i napijemy się, i będzie nam dobrze, tak dobrze jak tylko może być razem dwojgu nie najmłodszym już ludziom… Patrzymy sobie w oczy i trzymamy się za ręce, by dodać sobie nawzajem otuchy i nadziei… I znów jesteśmy młodzi, i znów są smugi światła ślizgające się po nagim ciele pięknej dziewczyny, która tańczy w pantofelkach na wysokich obcasach, a ja nie mogę oderwać wzroku od jej bioder, piersi i ud i gdy lekko zdyszana siada obok mnie na kanapie, odgarniam jej włosy znad ucha i szepczę: – kocham cię… i teraz powtarzam to, co przetrwało niezmienione…”.

Błyszczące oczy
Nie tak dawno, w środku zimy, nie wiosną przecież, spotkałam znowu tę moją bardzo dojrzałą (około sześćdziesiątki) znajomą, specjalistkę od przechowywania licznych pamiątek. Oczy jej błyszczały, lekko przeskakiwała kałuże rozmazanego śniegu. – Zakochałam się – oznajmiła, natychmiast prezentując fotografię wybranka. Szczupły, lekko siwy pan w dżinsowej kurtce wyglądał na czterdzieści parę lat. Miał sześćdziesiąt. Nie omieszkałam przypomnieć znajomej, że według Gerharda Crombacha miłość to jednak tylko C8-H11-N, bo taki ma wzór fenyloetyloamina, i że w jej wieku poziom wszystkich hormonów powinien – u licha – spadać.
Na co ona, matematyczka skądinąd, odparła, że jej układ limbiczny w przepisowych czterech sekundach od otrzymania sygnałów wzrokowych i zapachowych wydzielił owe C8-H11-N, że bardzo jej się ten pan podoba, a ona jemu też, bo długo przytrzymywał dla niej drzwi do urzędu, do którego razem wchodzili. – I jeśli kiedykolwiek mówiłam, że w moim wieku ma się już zakochanie za sobą, to byłam głupia – dodała i pomaszerowała na spotkanie z nieszczęśliwie zakochaną wnuczką. Kupiła jej czekoladę. W niej także występuje hormon miłości, ta cholerna fenyloetyloamina. – A czy ja nie mogłabym też mieć takich błyszczących oczu jak ona? – pomyślałam. – Może by tak jednak się zdecydować na te parę dni w górach, które tak się mężowi marzyły – zastanowiłam się, mijając biuro turystyczne. No i weszłam do środka.