źródło: Andrea Rankovic - Fotolia.com
Kobiety kochają niegrzecznych chłopców, dlaczego więc tak uparcie oswajają swoich mężczyzn?
Znaliśmy się ze studiów. Mój mąż i Marek w podstawówce siedzieli w jednej ławce. „Wciąż żeglujesz, jeździsz na motorze?” – mąż pytał przyjaciela na imprezie z okazji dziesięciolecia dyplomów.
Do niego:
Ubłoć się! Mówi się, że kobiety mają słabość do niegrzecznych chłopców, i jest to prawda. Pociągają nas nieprzewidywalni, silni mężczyźni, tacy, którzy mają swoje życie. Nawet jeśli na co dzień jesteś udomowiony, raz na jakiś czas ubłoć się podczas rajdu na quadzie, umęcz się, grając w paintball, pokaż, że nie tylko Kusznierewicz potrafi żeglować, a Wielicki chodzić po górach. Pamiętaj, że testosteron to przyjaciel. Twój i twojej kobiety.
Zanim zdążył odpowiedzieć, jego żona Hania roześmiała się: „Nie, nie, dajcie spokój. Odcięłam mu to wszystko zaraz po ślubie. Pozwoliłam mu tylko zostawić operę. Czyli to, co bezpieczne” – dodała. Spojrzeliśmy na siebie zdumieni. Po niespełna roku Marek odszedł od Hani. Nikt z nas się nie dziwił.
Ze statystyk przeprowadzonych przez TNS OBOP wynika, że kobiety wolą facetów typu macho, którzy uprawiają zawód wymagający testosteronu. Najbardziej pożądani są piloci samolotów, komandosi, kierowcy rajdowi, strażacy, hydraulicy, mechanicy samochodowi, dopiero potem lekarze i naukowcy.
Dlaczego więc, gdy trafia nam się taki facet, który wraca do domu zmachany, ubrudzony i szczęśliwy po kolejnej dawce adrenaliny, staramy się za wszelką cenę wygładzić go i wyszlifować?
Ile razy zdobyty z trudem mężczyzna przechodzi w związku całkowitą metamorfozę: zmieniamy jego styl ubierania się, zabieramy mu zabawki, dyktujemy, z którymi kolegami powinien się spotykać, jakie pasje kultywować. Słowem, traktujemy bardziej jak dziecko niż jak partnera. W kobietach drzemie chęć wychowania mężczyzny, pragnienie bycia siłą sprawczą, która może go zmienić. Tylko że zazwyczaj gdy facet podda się tym zabiegom, paradoksalnie w oczach ukochanej traci urok.

Nie przesadź z oswajaniem
– Określenie „mężczyzna udomowiony” ma pozytywne zabarwienie – mówi psycholog i terapeutka Maria Rotkiel. Oznacza mężczyznę, który potrafi zająć się domem, pozmywa, zrobi zakupy. Krótko mówiąc, jest członkiem rodziny na partnerskich zasadach.
Dziś najczęściej oboje małżonkowie pracują, dlatego takie umiejętności są na wagę złota.
Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś zaczyna dominować w związku. To naturalny mechanizm. Można by rzec – atawizm. Człowiek jest stworzeniem stadnym, a stado (w naszym wypadku rodzina) wymaga samca alfy – przywódcy. Przez stulecia naturalnym liderem w rodzinie był silny mężczyzna, który chronił i zdobywał pożywienie. Jednak gdy kobiety zaczęły pracować zawodowo i zarabiać, faceci stracili władzę, jaką dawał monopol finansowy. To zaś sprawiło, że wielu z nich utraciło dominującą pozycję. Nie dość na tym: wraz z podjęciem pracy zawodowej kobiety rozwinęły w sobie cechy pożądane na rynku pracy, z których dotychczas nie korzystały: stały się niezależne, odważniejsze, pewne siebie i wytrwałe w dążeniu do celu. Jako że nie ma guziczka, który przełączałby nas z trybu „praca” na tryb „dom”, te same cechy przenosimy na grunt rodziny.
– Jesteśmy asertywne, uparte, pewne siebie i wymagające – wyjaśnia Maria Rotkiel. – A że przy okazji lepiej przekonujemy, umiejętnie manipulujemy i potrafimy zmęczyć przeciwnika rozmowami bez końca, to coraz częściej walkę o tron w domu wygrywają kobiety.
Mężczyzna łagodnieje, podaje się zasadom wprowadzonym przez kobietę. Jednak gdy orientuje się, że to ona dominuje w związku, jego samoocena obniża się, czuje się wycofany. Nagle po domu zaczyna pętać się bezwolny, pozbawiony testosteronu cień dawnego mężczyzny. Nie ma już nic do powiedzenia, za to potulnie wykonuje wszystkie polecenia żony. Pisarka i psycholog Zyta Rudzka tak puentuje tę sytuację: „Wymagające oko kobiety nie tuczy mężczyzny, lecz kontuzjuje”.
Osoba, na której wymuszamy jakieś zachowania, odczuwa złość. Nawet jeśli w danym momencie nie okazuje tego po sobie i poddaje się naszym życzeniom, prędzej czy później da upust złym emocjom. To musi odbić się na związku. Przytłoczony mężczyzna stopniowo, nie zwracając na siebie uwagi, będzie starał się wyrwać z przytulnego więzienia, jakie mu stworzyłyśmy. Może to być ogródek, garaż albo komputer. – Każdy z nas potrzebuje jaskini: przestrzeni dla siebie, miejsca, gdzie może się schować – tłumaczy Maria Rotkiel. – Kobiety wyrzucają z siebie troski w czasie rozmowy z przyjaciółką. Mężczyzna zaś ucieka w mecze i gry na komputerze, a w najgorszym przypadku w romans. W efekcie partnerzy oddalają się od siebie.

Dyskretny urok bad boya
Jak zapobiec takiemu scenariuszowi? – Dbając o relację – mówi Maria Rotkiel. – Związek dwojga ludzi zawsze narzuca pewne ograniczenia. Jednak nie oznacza to, że musimy rezygnować z wszelkich przyjemności. Szukajmy kompromisów. Jeśli mamy dzieci, umówmy się: w sobotę ty masz wyjście, w niedzielę ja. To powinna być rozmowa, a nie z góry narzucony plan i podział obowiązków – podkreśla terapeutka. – Pozwólmy ukochanemu kultywować jego pasje. Niech pojedzie z kolegami na mecz siatkówki czy na ryby. Za to my będziemy mogły spędzić czas z koleżankami na pogaduchach czy do upadłego gonić po wyprzedażach. Ważne, by w procesie udomawiania mężczyzny nie stracić tego, co nas kręciło w partnerze. Trzeba dać mu luz. Nie kontrolować każdego kroku. Podziwiać. Chwalić. Cieszyć się jego sukcesem. Od czasu do czasu popatrzeć zachwyconym wzrokiem i powiedzieć: super wyglądasz. I koniecznie kultywować narzeczeńskie rytuały: wspólne wyjścia do kina, wyjazdy czy odkrywanie nowych restauracji w bliższej i dalszej okolicy. Im mniej takich przyjemności, tym bardziej nam się nie chce wyjść z domu. Wyjść do siebie. Korona nam z głowy nie spadnie!
Firma konsultingowa Hetus przeprowadziła w krajach Unii Europejskiej badanie, ile czasu poświęcają na pracę domową i zawodową kobiety, a ile mężczyźni. Analizą objęto rodziny, w których oboje małżonkowie pracują. Polki na prace domowe poświęcają 5 godzin i 36 minut, a ich mężowie sprawom domu poświęcają 2 godziny i 40 minut dziennie, czyli dwa i pół razy mniej!